Wspólnota Modlitwena Maryi Niepokalanej Modlitwa Serca

 wersja polskaenglish version


Obecnie zapisanych osób: 1806





Wspólnota modlitewna Niepokalanej "MODLITWA SERCA"
w odniesieniu do MIŁOSIERDZIA BOŻEGO

"Miłosierdzie masz okazywać zawsze i wszędzie bliźniemu, nie możesz się od tego usunąć, ani wymówić, ani uniewinnić. Podaję ci trzy sposoby czynienia miłosierdzia bliźnim; pierwszy-czyn, drugi-słowo, trzeci-modlitwa."
Słowa Jezusa do św. Siostry Faustyny (Dz.742)

 

Zamieszczone teksty dzięki uprzejmości redakcji „Przewodnika Katolickiego”.  Zachęcamy do lektury.

 

Nasza kochana córeczka



O nieuleczalnej chorobie dziecka dowiedzieli się w 11. tygodniu ciąży. Diagnoza: brak mózgu i kości pokrywy czaszki. Postanowili towarzyszyć dziecku do końca. – Teraz, gdy Rity nie ma już z nami, świadomość, że podarowaliśmy jej tyle miłości i troski, ile mogliśmy, przynosi nam pokój – mówią.



TEKST DOROTA NIEDŹWIECKA



Marta Kamińska jest nauczycielką nauczania początkowego i oligofrenopedagogiem (nauczycielem osób upośledzonych umysłowo). Mąż Krystian – informatykiem. Mieszkają w Oleśnicy koło Wrocławia. O tym, że są rodzicami, dowiedzieli się dokładnie sześć miesięcy po ślubie. Wybrali maleństwu zestaw imion, przedszkole i szkołę. Marta mówi, że czuła się jak szczęśliwa narzeczona, która planuje uroczystości weselne. – Było po prostu pięknie! – podsumowuje. – Na kolejnej z wizyt lekarz powiedział nam, że podejrzewa poważną wadę układu nerwowego – mówią. – Mogliśmy stracić dziecko w każdej chwili. To był dla nas szok. Lekarz poinformował nas o możliwościach wyboru: aborcji lub oczekiwaniu na poród. To, że z otwartością przyjął naszą decyzję, bardzo pomagało.



Ono przecież jest

– Czy się wahaliśmy? Nie. Przecież, gdy rodzice kilkuletniego dziecka dowiadują się, że jest chore na nieuleczalną chorobę i za kilka miesięcy umrze, nie przyspieszają jego odejścia, żeby się już do niego nie przyzwyczajać. Raczej starają się spędzić ten krótki czas, który im pozostał, jak najpiękniej. Nasza sytuacja wyglądała dokładnie tak samo. Zaraz po diagnozie Martę i Krystiana niszczył smutek: starali się przecież, dbali o dziecko od początku, a mimo to coś nie wyszło. Szczególnie trudne były święta Bożego Narodzenia. Pierwsze świąteczne życzenia składane maleństwu były życzeniami ostatnimi. „Lepiej liczyć dni, które przeżyliśmy z dzieckiem, niż odliczać dni, które nam zostały” – uświadomił sobie Krystian, gdy smutek stawał się trudny do zniesienia. Przyjęli więc taką strategię, że dopóki ich dziecko żyje, walczą o nie i cieszą się z każdego dnia, w którym jest z nimi. – To było logiczne – mówi Marta. – Nie zawsze łatwe, ale logiczne. Przecież nie wiedzieliśmy, kiedy odejdzie, tak samo jak nie wiemy, kiedy odejdą inne bliskie nam osoby. Wystarczy wypadek samochodowy w drodze do pracy, nagła choroba, by kogoś stracić. Świadomie zaczęli żyć bardziej chwilą obecną. Gdy – co zupełnie naturalne – Marcie zdarzało się płakać, mąż często, tuląc ją, pytał: „Czy chcesz, żeby nasze dziecko pamiętało mamę taką płaczącą?”.



Konflikt

Reakcje ludzi na ich decyzję były różne. Jedni chwalili i wspierali. Inni patrzyli jak na szalonych. – Usuniesz, zapomnisz i zaraz będziesz miała następne dziecko – radziło z troską w głosie kilka jej koleżanek matek. Niepokoiły się, że po urodzeniu, gdy Marta poczuje fizyczną bliskość z dzieckiem, nie podoła emocjonalnie rozstaniu. Lekarz prowadzący wspierał. Ale lekarka, do której poszli na konsultacje, Martę zdenerwowała, a Krystiana wystraszyła, mówiąc, że decydując się na donoszenie dziecka, Marta naraża się na śmierć. – Inni lekarze nie potwierdzili tego, ja jednak nie wiedziałem, co robić. Obawiałem się sytuacji, w której będę musiał wybierać pomiędzy ratowaniem życia żony a dziecka – mówi Krystian. Marta wielokrotnie powtarzała mu, by ratował dziecko – nie zważając na jej zdrowie i życie. – Z tym nie mogłem się zgodzić. Gdyby doszło do takiej sytuacji, chyba nie spełniłbym oczekiwań żony. – Te rozmowy były dla nas najtrudniejszym konfliktowym momentem – dodaje Marta. – Na szczęście nie trzeba było wybierać. Taki wybór mógłby nas bardzo poróżnić.



Zasługuje na miłość

Szukali sensu w tej sytuacji. Gdy zauważyli, że w internecie mało jest przydatnych informacji o tym, jak postępować, gdy wiemy, że dziecko w łonie mamy jest terminalnie chore, założyli własną stronę. A dokładniej: fanpage pt. „Nasz kochany dzidziuś” na Facebooku. – To był sposób na ujście emocji i podzielenie się naszym patrzeniem na tę sytuację – mówią. – Chcieliśmy dzielić się z innymi przekonaniem, że nawet dziecko, które jest chore, zasługuje na to, żeby żyć, żeby je kochać i żeby cieszyć się nim z innymi. Na co dzień w trudnych sytuacjach pomagali im najbliżsi. – Przypominałam sobie ból, jakiego doświadczyłam, tracąc moje trzecie dziecko tuż po urodzeniu – mówi Krystyna Fiałkowska, mama Marty. – Teraz bolało mnie, że córka przeżywa to samo. Wspieraliśmy, jak potrafiliśmy: rozmową, obecnością, działaniem i – co dla nas bardzo ważne – modlitwą. Po wizycie u psychoterapeuty, okazało się, że rodzice Rity są w tak dobrej kondycji psychicznej, że pomoc terapeutyczna nie jest im potrzebna. Osoby z hospicjum perinatalnego bardzo konkretnie pomogły w organizacji porodu. Jasne podpowiedzi, które otrzymywali od nich i sprawny system organizacyjny sprawił, że państwo Kamińscy poczuli się bardziej pewnie i bezpiecznie. Do dziś koordynatorka z hospicjum dzwoni, by zapytać, jak się czują i czego potrzebują. – Martwiliśmy się, że Rita umrze nieochrzczona – mówią. – I tu z pomocą przyszli znajomi kapłani. „Strasznie ograniczamy Pana Boga, mówiąc, że bez chrztu nie będzie zbawiona” – zauważył jeden z nich. – „Gdyby taka była Boża logika, Chrystus nie zstąpiłby do otchłani po ludzi Starego Testamentu. Istnieje przecież także coś takiego jak chrzest pragnienia dla rodziców, którzy pragną tego sakramentu dla swojego dziecka, a nie mają możliwości, by je ochrzcić”.



Nadzieja

– W tych trudnych chwilach bardzo pomagała nam wiara. Świadomość, że nasze życie nie kończy się na ziemi i kiedyś spotkamy się razem w niebie. Marta mówi, jak w tym czasie bliska stała się dla niej Maryja. To, że ciesząc się ze swojego Syna, zmagała się równocześnie ze świadomością, że Go straci. I mimo że cierpiała, zdecydowała się przyjąć wolę Boga. Ta świadomość stała się punktem zwrotnym. Powoli, zamiast o zdrowie i życie dla Rity, rodzice zaczęli modlić się o wypełnienie woli Bożej. – Oczywiście nadal chcieliśmy mieć zdrowego maluszka. Mieliśmy nadzieję, że modlitwy tak wielu osób będą wysłuchane. Że może córka będzie niepełnosprawna intelektualnie i fizycznie, ale będzie żyła. Równocześnie zrozumieliśmy, że cokolwiek się wydarzy, Pan Bóg wie, co robi. Że możemy się z tym nie zgadzać, może nam być smutno i przykro, i że równocześnie to trudne wydarzenie ma swój ukryty cel.



Spotkanie

Poród zaczął się miesiąc przed terminem. Niespodziewanie. – Gdy jechaliśmy do szpitala byłam gotowa prosić nie o cud, ale o opiekę. By po tym jak Ritka trafi do nieba, Niebieska Matka zaopiekowała się nią tak, jak ja tu na ziemi zrobić nie mogę – Marta mówi ze spokojem. Na jej ustach majaczy uśmiech. W oczach ma łzy. Lekarze i położne współpracujące z hospicjum przygotowali wszystko tak, by spełnić potrzeby państwa Kamińskich. – Dla nas było najważniejsze, by podczas porodu traktować ją tak, jakby się rodziło zdrowe dziecko, by dołożyć wszelkich racjonalnych starań, by ją ratować – wyjaśnia Krystian. – A potem, jeśli okaże się, że umiera, byśmy mieli warunki się z nią pożegnać. – Gdy dostałam Ritę na ręce, wiedziałam już, że razem spędzimy tylko minuty – dodaje Marta ze spokojem i czułością w głosie. – Mimo to nie było we mnie wtedy smutku. Nie przeszkadzało mi, że Rita nie jest pięknym różowym bobaskiem. Dla mnie była najpiękniejsza. Czułam spokój i radość, że jest, że mogę ją przytulić i powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham. – Moment spotkania z Ritusią był przełomem mojego życia. W rękach trzymałem mój mały skarb i mogłem poczuć, co to znaczy być tatą – mówi pan Krystian. – Zaraz po słowach „Kocham Cię” zaśpiewałem piosenkę, którą każdej nocy nuciłem jej do brzuszka. Czas jakby zatrzymał się w miejscu i w tym momencie byliśmy tylko my i nasza kochana córeczka. – Doświadczaliśmy w tym czasie obecności Pana Boga niemal namacalnie. Nie było Go widać, ale czuliśmy, że w tym spokoju, który odczuwaliśmy wbrew wszystkiemu, On nam towarzyszy. – W pewnym momencie powiedziałam jej, że zaraz najprawdopodobniej odejdzie i żeby się nie bała. Że tam w niebie przyjmą ją z otwartymi ramionami. Że to nie jest pożegnanie – że za jakiś czas wszyscy się tam spotkamy. Rita odeszła na rękach rodziców. Żyła półtorej godziny.



Jesteśmy silniejsi

– Teraz, z perspektywy siedmiu tygodni od tego, jak Rity nie ma z nami, nadal jesteśmy spokojni – mówią. – Świadomość, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, pomaga nam w przeżywaniu żałoby. Gdybyśmy się zdecydowali iść inną drogą, do końca życia pewnie powracałaby wątpliwość: może diagnoza lekarzy była błędna (przecież to się zdarza), może Rita urodziłaby się zdrowa. To też pomaga nam nie mieć żalu do siebie: że coś zrobiliśmy nie tak. Nic więcej od nas nie zależało. Państwo Kamińscy podkreślają, że Rita uczyniła ich małżeństwo dużo silniejszym i głębszym. Wsparcie, którego doświadczyli od siebie nawzajem w tych trudnych chwilach sprawiło, że wzmocnili więzi. Nabrali też właściwego stosunku do niektórych spraw. – Drobne różnice zdań szybko znikają, gdy przypominamy sobie, jak błahych spraw dotyczą. – Jesteśmy szczęśliwi, mając świadomość, że mamy swoją świętą w niebie. Równocześnie tęsknimy za Ritą bardzo. Jest nam miło, gdy dzięki naszemu fanpage’owi ludzie nas kojarzą, witają serdecznie i mówią z miłością o Ritusi. Jednak sto razy bardziej wolelibyśmy, by nikt nas nie kojarzył, a w zamian za to, byśmy mogli iść na spacer ze swoją córeczką.


Nie możemy się poddać







– Ta sprawa jest tak bardzo ważna dla przyszłości obrony życia w Polsce,

że powinna być zorganizowana akcja konkretnej pomocy lekarzom,

jakiś komitet kryzysowy. Sami nie damy rady – mówi prof. Bogdan Chazan,

były dyrektor Szpitala św. Rodziny, którego zwolniono z pracy po tym,

gdy odmówił aborcji niepełnosprawnego dziecka, w rozmowie z JOLANTĄ HAJDASZ

Panie Profesorze, czy przewidział Pan, że dzień po zwolnieniu Pana z pracy, w Szpitalu św. Rodziny zostanie dokonana aborcja? Pierwsza od ośmiu lat.

– Pojechałem do szpitala, żeby jeszcze załatwić zaległe sprawy i zobaczyłem, że w naszej kaplicy modli się duża grupa osób. Informacja, że ma być, czy już jest przeprowadzana aborcja, obiegła cały szpital. Nie wiem, czy i kiedy to było zaplanowane i czy było odkładane do czasu aż mnie nie będzie i pójdę na ten przymusowy urlop przed zwolnieniem z pracy, czy też postawiono kolegów nagle wobec konieczności wykonania aborcji, jakich argumentów użyto. Może kogoś szantażowano, może użyto mojego przykładu jako argumentu, by nie stawiać oporu? Tego nie wiem. W każdym razie ta aborcja się odbyła. To mój wielki ból, wielki smutek.



A nie obawia się Pan, że jest to próba badania zachowania wszystkich pracowników medycznych?

– Na pewno tak. Jedną z przyczyn tego, że stało się to tak szybko, jest być może chęć dyscyplinowania zespołu, żeby mając na uwadze mój przykład wiedzieli, że żartów nie ma i kto nie zabija dzieci, nie może pracować w publicznym szpitalu.



To niezwykle groźne zjawisko, bo pracownikom służby zdrowia – i lekarzom, i tym niższego szczebla – praktycznie nie zostawia się wyboru, utratą pracy skutecznie można dziś wystraszyć każdego.

– Niewątpliwie, ale to jest część większej całości. Żyjemy podobno w wolnym kraju, ale lekarze wierzący, ci na przykład, którzy podpisali „Deklarację wiary” są w niewybredny sposób krytykowani, ośmieszani, a czasem też karani.

Tak wiele zależy od opinii lekarzy, od ich postaw. Jak stanąć w ich obronie w sposób skuteczny? Święty Jan Paweł II w swoim przemówieniu wygłoszonym w 2002 r. podczas spotkania z katolickimi ginekologami zrzeszonymi w organizacji „MaterCare International” zwracał uwagę na konieczność obrony przez lokalne Kościoły lekarzy opowiadających się za życiem. Ludzie są tylko ludźmi, boją się. Każdy z lekarzy, zwłaszcza młodych, chciałby zdobyć specjalizację, pokonywać kolejne szczeble zawodowej kariery, utrzymać rodzinę. Ja jestem w takiej sytuacji, że mnie już raczej nikt nie może skrzywdzić, ale żal mi tych młodych ludzi. Nie możemy pozwolić na łamanie ich sumień. Nie wiem czy jest ważniejsza sprawa w obecnej chwili, niż zdecydowane stawanie w obronie lekarzy, pielęgniarek, położnych. By o tym się przekonać, wystarczy wejść do Szpitala św. Rodziny, porozmawiać z personelem. Ludzie są smutni, przestraszeni, zranieni.



Chce Pan powiedzieć, że oświadczenia dziś to już trochę za mało?

– Ja jestem zwykłym lekarzem, ale obserwując wczoraj atmosferę w szpitalu, zwłaszcza jeśli chodzi o położne, pielęgniarki, jestem załamany. Ich strach, ich płacz, ich bezradność w zaistniałej sytuacji, świadomość tego, że są wykorzystywane… Są instrumenty, którymi się skutecznie zastrasza pracowników medycznych i nie mają gdzie szukać obrony. Modlitwa to nasz jedyny ratunek.

Czy będzie Pan się odwoływał od zwolnienia z pracy przez prezydent Warszawy?

– Tak, oczywiście, będzie sprawa w sądzie pracy, nie wiem jak długo potrwa, tu nie można raczej liczyć na szybkie rozstrzygnięcie. Zostałem wyrzucony z pracy, ale mam nadzieję, że do szpitala powrócę. W tym wszystkim martwi, że tak zawzięcie, z takim zacietrzewieniem się mnie dyscyplinuje, używając najwyższego wymiaru kary, a przecież jeszcze mnie straszą pozbawieniem prawa wykonywania zawodu, jeszcze będzie dochodzenie w prokuraturze, prawdopodobnie będą procesy cywilne, te wszystkie narzędzia mogą być użyte przeciwko mnie. Jak się bronić przed taką nagonką? Moim zdaniem ta sprawa jest tak ważna dla przyszłości obrony życia w Polsce, że powinna być zorganizowana akcja konkretnej pomocy lekarzom, jakiś komitet kryzysowy. Sami nie damy rady.



Co Pan ma na myśli?

– Chodzi o to, żeby nie stało się tak, że za chwilę zapadnie martwa cisza. Na razie można powiedzieć, obrońcy życia ponieśli klęskę, tak to oceniam. Za chwilę „kurz bitewny” opadnie i oby wszystko nie pozostało tak jak dawniej. Nie wiadomo, na jaką skalę obudziły się sumienia wielu ludzi, ich pozytywne emocje. Trzeba jak najszybciej wykorzystać wszystkie możliwości działań w obronie cywilizacji życia.



W ostatnim czasie do konsultacji społecznych skierowano ustawę o in vitro tę, która będzie legalizowała finansowanie z budżetu państwa tej procedury. Po wejściu w życie przepisów ułatwiających dostęp do in vitro, każda młoda para mająca problemy z urodzeniem potomstwa bardzo łatwo wpadnie w sieć zarabiających na niej. To raczej pewne.

– Co prawda oficjalnie się temu zaprzecza, ale przecież wiem w praktyce, jak to jest, że pary niepłodne są natychmiast, bez próby leczenia, bez diagnostyki, kierowane do pracowni in vitro, bo im młodsza para, im krótszy ma okres niepłodności, tym sukces w postaci ciąży po in vitro jest większy, więc pod hasłem „nie traćmy czasu na niepotrzebną diagnostykę”, tworzy się taką sytuację, sztuczną panikę, stres, a para, która stoi wobec perspektywy nieposiadania potomstwa, ulegnie każdej argumentacji i zrobi wszystko, żeby mieć dziecko.



In vitro to potężny biznes.

– Bardzo. I oczywiście nie tylko in vitro. Z jednej strony potężny biznes mają producenci środków antykoncepcyjnych, którzy upowszechnili w społeczeństwie świadomość, że ciąża to wpadka, choroba i w związku z tym są duże środki przeznaczane na antykoncepcję, a potem po 35. roku życia nagle jest popłoch i pary za wszelką cenę chcą mieć dziecko. I znowu ten sam biznes czerpie z tego zyski. A dodatkowo jeszcze jest wspomagany przez fundusze państwowe. To jest też jedna z przyczyn kryzysu demograficznego. To są naczynia połączone.



Po zapłodnieniu in vitro rodzi się także więcej dzieci chorych, czy tak?

– Z badań, które są prowadzone na świecie wynika, że po takim poczęciu statystycznie częściej rodzą się dzieci z chorobami wrodzonymi i wadami. Przykład dziecka, o życie którego toczyła się ta ostatnia batalia, tylko to potwierdza. A przecież trzeba jeszcze zauważyć, że duża część z nich po rozpoznaniu nieprawidłowości rozwojowej jest abortowana.



Prasa lewicowa i liberalna podkreśla teraz, że mamy „dwóch doktorów Chazanów”, ten młody, który dokonywał aborcji i stary, który jej odmawia.

– Z zachowaniem wszelkich proporcji, ale w takim razie mamy też dwóch świętych Pawłów, jeden młodszy, który zabił św. Szczepana i prześladował wiarę chrześcijańską, a drugi, starszy, który ją szerzył. A im więcej młodych Chazanów przejrzy na oczy i szybciej pójdzie w ślady starego Chazana, tym będzie lepiej, mniej będzie nieszczęść, nienarodzone dzieci będą bezpieczniejsze. Mogę tylko dodać, idąc tym samym tropem, że są naraz, w tym samym czasie, dwie panie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz–Waltz…



Aborcja jest straszną rzeczą, prawda?

– Żeby naprawdę wiedzieć, na czym polega jej istota, to jednak trzeba przy tym być, choć raz w życiu to zobaczyć, być na sali zabiegowej. Tego nie można opisać. Jeżeli jest aborcja farmakologiczna, to kobieta bierze w zaciszu domowym dwie tabletki i potem ma krwawienie i dochodzi do poronienia. Wyrzuty sumienia są po aborcji farmakologicznej czasem większe niż po zabiciu dziecka w późniejszej ciąży. Inaczej to wygląda, kiedy aborcję wykonuje się w 8.–14. tygodniu ciąży. Jest to wówczas zmiażdżenie dziecka i wyłyżeczkowanie macicy, a jeszcze inaczej, gdy jest indukcja poronienia późnego w 22.–24. tygodniu ciąży. Dziecko wówczas zwykle rodzi się martwe, bo w wyniku tego bólu i stresu od razu umiera, czasem po to, żeby urodziło się martwe, jest zabijane podanym wcześniej dosercowym zastrzykiem chlorku potasu. Czasami niespodziewanie dla wszystkich – i dla personelu, i dla matki – rodzi się żywe. No i wtedy jest problem, miało nie żyć, a żyje. Prof. Romuald Dębski, z jednej strony piętnował moją postawę, która według niego „skazała” niezabite dziecko na niewyobrażalne cierpienie związane z życiem po urodzeniu, a z drugiej nie dostrzega rzeczywistego bólu i cierpienia abortowanego dziecka. Te dzieci, które przeżywają aborcję, cierpią jeszcze przez wiele dni, urodzone przedwcześnie mają zaburzenia oddychania, przyjmowania pokarmu i w końcu umierają. O nie nikt się nie upomina i nikt o ich ogromnym cierpieniu nie mówi. Bo zostały przez rodziców skazane na śmierć, a nierozumni lekarze zamiast się sprzeciwić czynnościom niezgodnym z prawem naturalnym i ze swoim powołaniem wzięli udział w zabójstwie człowieka. Tak, aborcja to straszna rzecz.



Jak się Pan czuje, stając się ikoną walki w obronie życia?

– Nie jestem żadną ikoną. Tak się akurat stało, że doszło do nagłośnienia tej sprawy i w Polsce, i na świecie, ale to był zbieg okoliczności. Gdy odmówiłem aborcji, bo nie mogłem się na nią zgodzić, nie przypuszczałem, że wywoła to takie następstwa. Takie rzeczy zdarzają się codziennie w wielu miejscach na świecie. Dobrze się stało, że ten fakt został nagłośniony, bo spowodował takie zainteresowanie, zaangażowanie ludzi, takie emocje i przebudzenie tylu sumień. Bóg wszystkim kieruje, dziękujmy Mu za to.








Uzależnienie kobiet



Miesiąc sierpień od dawna kojarzymy z trzeźwością. Osoby,

które mało piją, rezygnują całkowicie z alkoholu. Osoby nadmiernie pijące również – jednakże często jest to po prostu kolejna obietnica, która nie zostanie wypełniona, bo pragnienie alkoholu jest silniejsze

od postanowień. Te zmagania ze sobą coraz częściej dotyczą kobiet.



Tekst Alina Heller-Gostyńska

psycholog w Poradni Leczenia Uzależnień i Współuzależnienia w Poznaniu

Nadużywanie alkoholu lub środków zmieniających nastrój przez kobiety i mężczyzn jest źródłem bólu dla wszystkich w rodzinie. Z praktyki terapeutycznej wynika, że niepijące żony chronią tak jak potrafią siebie i dzieci przed destrukcją alkoholika. Stosunkowo często proszą o pomoc. Jednak w sytuacji gdy w rodzinie pije kobieta, mężowie rzadziej szukają pomocy. Chcą sobie sami poradzić. Nadużywanie alkoholu przez kobiety jest ukrywane. Członkowie rodziny próbują udawać, że wszystko jest dobrze. A nie jest, bo nie może być dobrze, gdyż kobieta nadmiernie pijąca koncentruje się na sobie i swoim piciu. Trudno jej zrozumieć bliskich. Nie radzi sobie z zadaniami życiowymi. Niechętnie przyjmuje prawdę o sobie. Nie potrafi przestać pić, co z kolei sprawia, że gromadzi w sobie przykre uczucia, takie jak złość, wstyd, poniżenie, a często rozpacz. Nie radzi sobie z tymi emocjami. To oczywiście przenosi się na bliskich. Po okresach nadużywania alkoholu kobieta czuje się winna i próbuje odzyskiwać dobre imię, pracując za wszystkich w rodzinie, co niszczy reguły i umowy. Wtedy już nie rozumie, co się dzieje, bo przecież ona chce dobrze, zaczyna winą obarczać bliskich. Kłótnie stają się codziennością. W życiu zaczyna panować chaos.

Co dzieje się z dziećmi?

Cierpienie dzieci przekłada się na ich rozwój. Najstarsze zwykle bierze za dużo obowiązków na siebie. Staje się zbyt szybko dorosłe, chcąc zastąpić rodzeństwu mamę. Kolejne zauważa, że przyciąga uwagę rodziców, łamiąc zasady. To dziecko zostaje obciążone winą i samo zaczyna myśleć źle o sobie. Faktycznie jednak odwraca uwagę od zasadniczego problemu, jakim jest nadmierne picie przez mamę. Młodsze dziecko uczy się żartem rozbrajać nieznośne napięcie – w ten sposób zyskuje aprobatę bliskich, co sprawia, że powtarza te zachowania, a w sobie kryje strach i ból. Kolejne dziecko nie chce już sprawiać kłopotu i izoluje się – jakby udawało, że go nie ma. Wszystkie te zachowania są bardzo niebezpieczne dla rozwoju psychicznego dziecka.

Oczywiście jest to skrótowe przedstawienie negatywnego przystosowania się dzieci do czynnego picia alkoholu przez rodzica. Każde dziecko bowiem przeżywa odrzucenie przez matkę, a nawet czasem przez ojca, jeśli unika on odpowiedzialności za rodzinę. Często oznacza to, że dziecko dorastając, uznaje picie alkoholu za normalne.

Straty dla wszystkich

Ojciec i mąż jeśli nie pije, albo odrzuca emocjonalnie żonę, albo nadmiernie ją chroni. Obie postawy są skrajne i niszczą bliskość. W takiej rodzinie dzieci nie mogą nauczyć się, co to znaczy miłość, co to znaczy odpowiedzialność, co to znaczy być kobietą, co to znaczy być mężczyzną.

Tymczasem relacja matka–dziecko jest niezwykła. Jeśli jest naturalna i przebiega bez większych zakłóceń, dziecko uczy się, że jest kochane, ważne, może być blisko i może odejść. Dziecko jest bezpieczne, ma oparcie i dobre wzory. Jeśli tego nie ma, dziecko traci zaufanie do rodziców, a w końcu do siebie samego. Trzeba podkreślić, że kobieta pijąca też cierpi. Często skutki jej nadmiernego picia są leczone przez psychiatrę lub lekarza rodzinnego lekami uspokajającymi i nasennymi, co pomaga tylko doraźnie, a może w konsekwencji powiększać uzależnienie. Ogromny wstyd, który towarzyszy pijącym alkohol kobietom, może je skłaniać do nadużywania leków, bo tego inni nie zauważą tak łatwo.

Jak pomóc?

Rodzina ma możliwość poznać wiedzę o uzależnieniu, bo to po prostu choroba, ciągle jeszcze rozumiana jako świadomie złe postępowanie. W Poradniach Leczenia Uzależnień pomagamy osobom uzależnionym i ich bliskim. Bliskie osoby dowiadują się, że z natury tej choroby wynika, iż człowiek chory nie chce się leczyć. Potrzebuje motywacji, na początku chociaż tej zewnętrznej. Wtedy korzystne jest zastosowanie metody interwencji, której celem jest skłonienie osoby nadmiernie pijącej do podjęcia leczenia lub też pierwszego owocnego kontaktu z placówką leczenia uzależnień.

Metoda interwencji

Interwencja wobec osoby pijącej jest przygotowywana przez grupę ważnych dla niej osób: rodzice, współmałżonek, starsze dzieci (od 12. roku życia), przyjaciele, współpracownicy, osoby duchowne. Wymaga to zebrania danych o skutkach picia tej osoby. Chodzi o konkretne fakty i w miarę dokładny opis zachowania z podaniem dnia i okoliczności. Jedna osoba ma być przewodnikiem. Wskazane jest przesłuchanie przygotowywanej interwencji – oczywiście bez osoby pijącej nadmiernie. Każdy uczestnik pisze swój list do tej osoby, aby na wspólnym spotkaniu bez oskarżeń to przeczytać. Tak przygotowana konfrontacja ma charakter stanowczy, konkretny i życzliwy. Ujawnia i wykorzystuje kryzys w chorobie. Zostaje ustalony termin i zaproszony główny bohater. Warto wcześniej przygotować możliwość konsultacji w odpowiedniej poradni. Należy pamiętać, że to nie ma być atak na tę osobę ani dyskusja o niej. Nie może też wiązać się z upokarzaniem osoby pijącej czy z użalaniem się bliskich nad tą osobą.

Interwencja jest działaniem z zewnątrz, pomaganiem komuś, kto tej pomocy nie chce, atakiem na mechanizmy obronne osoby uzależnionej, mówieniem o faktach, mówieniem prawdy wbrew temu, czego pragnie ta osoba. A oto przykładowy list kilkunastoletniej córki do matki, która nadmiernie pije: „Mamo! Jesteś dla mnie ważna. Pamiętam dobre chwile, gdy byłam mała, a Ty chodziłaś ze mną na plac zabaw. Wieczorami rozmawiałyśmy lub czytałaś mi książki. Wtedy wiedziałam, że mnie kochasz. Od kilku lat w to wątpię. Nie masz dla mnie czasu. Kiedy w niedzielę chciałam z Tobą porozmawiać, wyrzuciłaś mnie z pokoju. Zauważyłam, że piłaś piwo prosto z butelki. Obiecałaś, że pójdziemy na pływalnię w środę po południu. Czekałam przygotowana, spakowałam potrzebne rzeczy, a Ty nie przyszłaś do domu. To już trudno, że nie było obiadu, to przecież często się zdarza, ale tak bardzo mnie zawiodłaś. Koleżanki się śmiały, że siedzę w domu i czekam na Ciebie. Tak bardzo bym chciała, abyś przestała pić i była dla mnie jak dawniej moją kochaną mamą. Wierzę, że tak będzie, jak zaczniesz się leczyć. Twoja córka”.

Leczenie

Jest prawdopodobne, że gdy osoba pijąca usłyszy takie słowa od swoich bliskich – zgodzi się na leczenie. To trudna droga, ale pozwalająca niemal od początku na odzyskiwanie godności przez osobę podejmującą trudy trzeźwego życia. Pierwszy okres leczenia obnaża zniszczenia. Jeśli osoba, która dotąd piła przyzna się przed sobą, że jest uzależniona i jest odpowiedzialna za krzywdy bliskich, ma szansę na dobrą zmianę. Doświadczenie pokazuje, że kobiecie z powodu wstydu trudno pogodzić się z tym, że jest alkoholiczką. Dlatego potrzebuje wsparcia i specjalistycznej pomocy. W procesie terapii uczy się radzenia z chorobą. Ma możliwość przeprosić bliskich i uczyć się ich słuchać, rozumieć. Wrócić do reguł i umów, które kiedyś sama tworzyła. Często uczy się nowych umiejętności związanych z wychowywaniem dzieci. Potrzebna jej jest uczciwość wobec siebie. Jeśli od tego zacznie i okaże uczucia poparte odpowiedzialnym zachowaniem, nawiąże kontakt z rodziną, która przecież na to czeka. Jest wiele przykładów kobiet, które podjęły zmianę. Po pierwsze, nie piją. Po drugie, stopniowo, małymi krokami, zmieniają siebie: w sferze emocji – mają większy spokój poprzez naukę radzenia sobie z uczuciami, w sferze samooceny – uzyskują lepsze poczucie własnej wartości, rezygnują z egocentryzmu; w sferze kontaktów z innymi – ćwiczą umiejętności słuchania, rozumienia innych, podejmują na nowo zadania życiowe.

Po podjęciu leczenia puste obietnice nie będą już miały miejsca, a każdy kolejny miesiąc sierpień i pozostałe będą okazją do radości w rodzinie.



skocz do góry

 wersja polskaenglish version









Kontakt osobisty, sprawy pilne: ms.marek@interia.pl

© modlitwaserca.org

Najlepsze katolickie strony   STRONY BOGA KOCHAJĄCYCH   JEZUS   topAPOSTO? - ranking stron chrześcija?skich  .